Lato'99

##plugins.themes.bootstrap3.article.main##

Mariola Abkowicz

Abstrakt

Lato tego roku było nasycone wydarzeniami i wrażeniami. Pozostało tyle wspomnień. Ale po kolei.


Na początku lata, jak co roku zaplanowany miałam wyjazd do Trok. Tym razem ekscytowałam się dziecięcym obozem, który zaplanowany był na początek sierpnia. Już w Trokach wpadłam w wir przygotowań. Przyjemnie było patrzeć na oczekujące dzieci i kadrę pragnąca jak najlepiej zorganizować, zbliżające się szybko, cztery krótkie dni. Matki toczyły burzliwe dyskusje nad zapewnieniem opieki i organizacją kuchni. A główna organizatorka Ira Abrahamowicz próbowała pogodzić pragnienia i oczekiwania dzieci, kadry oraz rodziców. Wreszcie zaczęło się. Dzieci pod opieką młodej kadry: Rajmondy Maleckiej, Aleksandra Kobeckiego i Timura Kobeckiego ulokowały się w wynajętym ośrodku pod Trokami. Obóz, wypełniony śmiechem i rozrywkami, rozpoczął się.


Czas pracy i zabawy szybko minął, a na pożegnalne przedstawienie przyjechali przyjaciele, rodzice i dziadkowie. Wiele radości dzieciom sprawiły uroczyście wręczane dyplomy uczestnika. Myślę, że po obozie dzieciaki miały tylko jeden problem: było za krótko! Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze raz, dłużej i ciekawiej. Po wyjeździe obozowiczów Troki się wyciszyły, a ja zajęłam się przepisywaniem starych kronik. Siedziałam w sadzie z komputerem, słyszałam szum spadających jabłek i pogaduszki wpadających czasami koleżanek. Pogoda była różna: raz przypiekało słońce, raz padał deszcz i wszyscy się modlili o ładną pogodę na karaimski turniej siatkówki. Pogoda dopisała, a gracze nie. Udało się sformować tylko trzy drużyny. Zabawa jednak była przednia.


Tuż po meczu wyruszyłam w podróż do domu z silnym postanowieniem znalezienia towarzystwa na kolejną wyprawę. Niestety termin na wstępie rugował wszystkich dzieciatych. Ania S. długo się łamała, niestety praca jej nie puściła. Wytrwałym podróżnikiem okazał się tylko Marcin Posel, siostrzeniec Olka Kobeckiego. Udało nam się uzgodnić termin wyjazdu, choć przyznam się Wam, że uwierzyłam, że jadę dopiero jak byłam w pociągu. Marcin chyba też. Dojechaliśmy do Kijowa w 16 godzin. Następny pociąg mieliśmy za dwie godziny (Kijów – Symferopol). Niestety, w kasie biletów nie uświadczysz. Natomiast pod kasą i owszem. Nabyliśmy je przepłacając całe 10 zł za szt. Pokręciliśmy się trochę po Kijowie samochodem, dzięki uprzejmości wspólnika Marka Posela i wyruszyliśmy „plackartem” w następną 20 godzinną turę. Symferopol powitał nas upałem i klimatem dawno przeszłych czasów. Czekał nas ostatni etap – podróż „elektryczką” do Eupatorii, jedyne 1,5 godziny. Minęło jak z bicza trzasł. Po drodze obserwowaliśmy wyrastające na stepie koszmarne blokowiska – pozostałość minionej epoki, nowe osiedla tatarskie i pojawiające się stopniowo MORZE.


W pociągach kwitł handel: gazety, napoje, słodycze, prażony słonecznik, suszona ryba, a nawet kwatery Eupatorii były przedmiotem nieustannych ofert. Na dworcu natomiast taksówkarze nie odstępowali nas, dopóki nie zdecydowaliśmy się na usługi jednego z nich. Po chwili dotarliśmy na miejsce.


Okazało się, że imprezy już się zaczęły. Po szybkim prysznicu dołączyliśmy do pozostałych uczestników. Okazało się, że straciliśmy przemówienia powitalne i przedstawienie karaimsko-tatarsko-ukraińskie (potem oglądaliśmy kasetę video). Za to wejście mieliśmy teatralne. Znajomi krymscy, haliccy, moskiewscy, leningradzcy i litewscy nie dawali mi możliwości podejścia do wujostwa Juchniewiczów i przywitania się. Okazało się, że cała grupa idzie do Kienas1. Poszliśmy i my. Wyszliśmy z pięknie odremontowanej ulicy Duwanowskiej2 i po zrujnowanych i brudnych ulicach, między orientalnymi domami starego miasta zbliżaliśmy się do ulicy Karaimskiej. Pośród szarych i burych domów nagle zobaczyliśmy żółtą bramę zdobioną białymi stiukami. To cel naszej podróży – Zespół Kienas, w którym następnego dnia miały odbywać się uroczystości. Pierwszego wieczoru zwiedziliśmy karaimską wystawę – zbiory Semity Isakowny Kuszul, wybitnej przedstawicielki eupatoryjskiej Karaimszczyzny i spróbowaliśmy w karaimskiej knajpce czyr-czyry, czyli czebureki. Przy wyśmienitych daniach karaimskiej kuchni i winie zawieraliśmy nowe znajomości, dzieliliśmy się wrażeniami z podróży i z szeroko otwartymi uszami słuchaliśmy opowieści o ogromie prac, które mieli za sobą eupatoryjscy działacze.


Mała Kienasa została zwrócona zrujnowana, z przegniłymi stropami i podłogami zaledwie kilka lat wcześniej. Ze ścian odpadały tynki, a w szczelinach kamienia rosły samosiejki. Na podwórcach przez ostatnie kilkadziesiąt lat zdążyły wyrosnąć całkiem spore drzewa, a winorośl prawie wyginęła. 


Zespołu Kienas. Eupatoria 199 Następnego dnia, w słońcu i wietrze, na podwórcach pamiętających wizyty przedstawicieli carskiej rodziny i wiele, jakże wiele karaimskich pokoleń, a w ostatnich dziesięcioleciach dzieci przedszkolne, ponownie stanęli Karaimi z nakrytymi głowami chłonąc otaczająca atmosferę i piękno budynków: odremontowanej małej Kienasy, czekającej na lepsze czasy dużej Kienasy, podwórców i nagrobków, które przeniesione ze zrujnowanego cmentarza znalazły zaciszny kąt na jednym z dziedzińców.


Rozległy się głosy starców pamiętających ostatnie nabożeństwa prowadzone przez hazzana Eliaszewisza przed 40 laty i kolejnych przedstawicieli różnych organizacji gratulujących wszystkim przybyłym, a szczególnie gospodarzom mającej się za chwilę odbyć ceremonii. Wstęgę na drzwiach przeciął przewodniczący Rady Starszych Samuel Simowicz Juchniewicz.


Szybko, szybko, w ślad za ciocią Lusią pobiegłam do kobiecego wejścia. Zdjęłyśmy buty i zdążyłyśmy zająć miejsce przy kracie, z widokiem na stopniowo zapełniający się męski parter.


Z kobiecego balkonu, Eupatoria 1999 Zapadła cisza. Rozległy się słowa hazzana Wiktora Terijaki recytującego słowa karaimskiej modlitwy. Następnie powtórzył je w zrozumiałym przez wszystkich rosyjskim. Mimo, że tradycja, nie pozwala na czytanie zecher w dniach świątecznych, jednak myślę, że wszyscy zaakceptowali błogosła-wieństwa odczytane w intencji zmarłych hazzanów, hachama i tych, którzy nie doczekali tego dnia. Nabożeństwo zakończył psalm "Kim symarłansa" w wykonaniu troczan: Szymona Juchniewicza, Artura Juchniewicza i Zenona Firkowicza, którym wtórowała Ludmiła Juchniewicz i niżej podpisana. Po raz pierwszy od tak wielu lat słowem Amień zakończono nabożeństwo. Pozostała jeszcze druga część uroczystości. Odsłonięcia tablic z nazwiskami tych, którzy nie wrócili z frontów II wojny światowej. Na ścianie Marmurowego Podwórca odsłonięto kilkanaście śnieżnobiałych tablic, na których upamiętniono nazwiska tych, o których nie chcielibyśmy zapomnieć. Jest ich tak wiele, a tak wielu brakuje. Cześć ich pamięci. Powoli zaczęli rozchodzić się wierni i goście. Dworki znowu opustoszały w oczekiwaniu na kolejne nabożeństwo. Dla gości następnym punktem programu była wycieczka po mieście. Nie spodziewałam się, że prawie połowa starego miasta była własnością Karaimów. Imponujące kilkupiętrowe kamienice, przepiękne dacze, budynki gminne i gmachy fundowane: teatr, biblioteka, szereg szkół, parki oraz zaplanowane promenady, linie tramwajowe, sanatoria i zaniedbane najczęściej domy orientalnego starego miasta. To niesamowite. Jak bogaci i wizjonerscy byli eupatoryjscy Karaimi. Jak wiele stracili, jak smutny los zgotowała im historia Wieczorem była jeszcze Chanuszma – przyjęcie w tatarskiej restauracji, gdzie gospodarze pokazywali nam jak tańczy się w rytmie kajtarma. W niedzielę wybraliśmy się do Dżuft Kale. Autobusy dowiozły nas na parking u podnóża masywu. Do góry szliśmy trasą przodków podziwiając pojawiające się stopniowo zarysy twierdzy, szczyty starych Kienas i domu Abrahama Firkowicza. Przeszliśmy przez Kiczyk-Kapu (Małe wrota) i znaleźliśmy się w obrębie starożytnego miasta, wszędzie widać jeszcze ślady dawnych mieszkańców.


Mauzoleum Dżanike-Chanym. Dżuft Kale 1999 Głębokie na 20 cm koleiny wyryte przez wieki kołami wozów w kamiennej drodze, mauzoleum Dżanike-Chanym, poidło dla zwierząt i jaskinie z pewnością pamiętają dawnych mieszkańców.
Potem spacer, w strugach deszczu, po Bałta Taimez, niezwykle refleksyjnie nastrajającym miejscu spoczynku tak wielu pokoleń. I zejście po "skrócie" - prawie pionowej ścieżce dla kozic. Wrażenia pozostaną na całe życie.
Pozostałe cztery dni spędziliśmy na leniwym podziwianiu Eupatorii, plażowaniu, kąpielach i zwiedzaniu południowego brzegu Krymu.

##plugins.themes.bootstrap3.article.details##

Jak cytować
ABKOWICZ, Mariola. Lato'99. Awazymyz. Pismo historyczno-społeczno-kulturalne Karaimów, [S.l.], n. 2 (3), p. 15-18, luty 2017. ISSN 1733-7585. Dostępny w: <http://czasopisma.karaimi.org/index.php/awazymyz/article/view/61>. Data dostępu: 19 kwi. 2018
Dział
Artykuły

Inne teksty tego samego autora

1 2 3 4 5 6 7 8 > >>